REKLAMA

 

 
 

Aktualności

"Szopy" muszą zniknąć Opublikowano: piątek, 27, czerwiec 2014 11:32

Właściciele mieszkań w budynku wielorodzinnym przy ulicy Piłsudskiego mają na swoim podwórku niezły galimatias. Działka, na której znajduje się ich dom została w 1978 roku wydzielona „po obrysie”. Przy podziale pominięto schody i werandy, które leżą w części należącej do miasta. Drugą sprawą jest użytkowany przez mieszkańców od zawsze ogródek, na którym rozpoczęły się niedawno akcje demontażu garaży i szklarni. Bez tego właściciel terenu - gmina miejska Wałcz nie chce ogródków wydzierżawić.

Chcąc uregulować sprawę, mieszkańcy w 2001 roku zwrócili się do ratusza z wnioskiem o wykupienie terenu (wraz z ogródkami). Do podpisania aktu notarialnego jednak nie doszło, bo wycofał się jeden z mieszkańców. Kolejne wnioski od właścicieli wpływały w 2002 i 2004 roku, ale i wtedy nie udało się dokonać transakcji, również z powodu rezygnacji członka wspólnoty. Warto dodać, że mieszkańcy mogą działkę kupić jedynie wtedy, kiedy będzie na to zgoda wszystkich członków wspólnoty. Kwoty, które wchodziły wówczas w grę to około 4 tys. za całą (prawie dwa razy większą niż obecnie) działkę. Kwota miała zostać podzielona na wszystkich właścicieli. Gmina zdecydowała się więc teren podzielić i do sprzedaży oferuje już tylko część niezbędną do korzystania z budynku.

Obecnie jednak mieszkańców nurtuje najbardziej kwestia ogródków. Gmina wystąpiła do użytkowników o demontaż wszelkich budowli, jak na przykład szklarni, wiat na narzędzia ogrodnicze, zbiorników na wodę itp. Mieszkańcy są rozgoryczeni. Rozebrali już garaże, a niektórzy sąsiedzi zdemontowali wszystko, co w jakikolwiek sposób związane było z gruntem. Miasto jednak w dalszym ciągu ma zastrzeżenia m.in. do szklarni Stanisława Szpechta, kącika rekreacyjnego innych mieszkańców, zwanego przez urzędników szopą

oraz niewielkich rozmiarów składzika na narzędzia kolejnych użytkowników ogródków.

- To bez sensu, dlaczego ci starsi ludzie mają biegać z narzędziami do i z piwnicy. Mój kącik rekreacyjny urzędnicy nazywają szopą, a to po prostu kilka desek, które chronią nas przed wiatrem, deszczem i słońcem. Wszystko wygląda schludnie i porządnie - irytuje się jeden z mieszkańców. - Te ogródki to nasz azyl, tu odpoczywamy. Mieszka

my przy drodze krajowej. Przez całą dobę wdychamy spaliny, widzimy przejeżdżające samochody i słyszymy silniki. Burmistrz Tuderek obiecywał, że dopóki nie powstanie obwodnica, nasze ogródki nie są zagrożone. Teraz każą nam wszystko rozbierać.

- Ja swojej szklarni nie rozbiorę - zapowiada S. Szpecht. - Najpierw usłyszałem, że może zostać, o ile będą w niej uprawy. Teraz okazuje się, że musi zniknąć, a rosną tam m.in. pomidory i ogórki. Za każdym razem, gdy już coś rozbierzemy, urzędnicy wymyślają coś nowego.

Naczelnik wydziału gospodarki nieruchomościami w ratuszu Lucyna Kabs jest nieugięta.

- To własność gminy miejskiej Wałcz - zaznacza na wstępie. - Ogródki leżą w centrum miasta i nie wyglądają zbyt estetycznie. Prosiliśmy, aby te wszystkie szopy i garaże zniknęły. Co ważne: wnioskował o to także jeden z dzierżawców. W każdej umowie dzierżawy jest zapis, że nie ma możliwości ani zabudowy, ani trwałych nasadzeń. Żaden z dzierżawców się do tego nie zastosował. Teraz faktycznie większość obiektów zniknęła. Zostało jeszcze kilka i będziemy czekać na ich usunięcie, bo wszystkich musimy traktować jednakowo.

Urzędnicy wystąpili do mieszkańców o to, żeby między sobą ustalili kto który ogródek chce dzierżawić i okazało się, że… na jeden jest kilku chętnych, dlatego - zgodnie z przepisami - gmina musi ogłosić przetarg.

- Mało tego, przy rozpisywaniu chętnych na określone działki pominięto jedną z mieszkanek. Chcieliśmy, żeby właściciele porozumieli się między sobą, ale i to się niestety nie udało - mówi L. Kabs. - Sytuacja jest patowa. Mieszkańcy nie chcą rozebrać tych obiektów, a ja przy przetargu nie mogę dysponować ich własnością, na przykład szklarnią lub wiatą. Poza tym wcale nie jest powiedziane, że osoby, które teraz zajmują daną działkę, wygrają na nią przetarg…

- Najprościej byłoby sprzedać ten teren pod budowę domów i mieć problem z głowy. Chcieliśmy ulżyć mieszkańcom, bo rozumiemy, że mieszkają przy drodze i przyzwyczaili się do tych ogródków - dodaje burmistrz Bogusława Towalewska. - Niestety rozpętało się piekło. Wszystko utrudnia fakt, że mieszkańcy nie potrafią się dogadać i robią sobie na złość. Przykre jest to, że nawet te osoby, które zastosowały się do pism i usunęły wszelkie budowle, nie mogą w obecnej chwili wydzierżawić ogródków.

Jeśli pozostali mieszkańcy nie zastosują się do zaleceń urzędników i nie rozbiorą tego, co na działkach postawili (o ile w ogóle nie zrezygnują z dzierżawy), mogą spodziewać się kar za bezumowne korzystanie z tego terenu, a nawet sądowego nakazu opuszczenia ogródków i zwrócenia ich miastu.

- To ostatnia rzecz, na której nam zależy. Przecież to nasi mieszkańcy, nie chcemy iść z nimi na wojnę - mówi B. Towalewska.

Z. Błaszczyk

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież



UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem