Zamknij
REKLAMA

Przygoda życia Zdzisława Felskowskiego

11:44, 15.05.2018 | piotr
REKLAMA
Skomentuj

Zdzisław Felskowski przejechał rowerem przez Indie i Nepal ponad 3,5 tysiąca kilometrów. W planach był również prawie 1000-kilometrowy wypad do Chin, lecz z powodu trzęsienia ziemi w rejonie, w którym przebywał, nie mógł wjechać do Państwa Środka.

55-letni wałczanin znany jest z innych spektakularnych wyczynów. Cztery lata temu pojechał rowerem do Maroka, odwiedzając 12 krajów i pokonując ponad 6 tysięcy kilometrów. A w 2016 roku był w Azji, tym razem przejechał przez 19 państw, a trasa liczyła również 6 tys. km. Tę ostatnią wyprawę zadedykował swojemu tragicznie zmarłemu synowi Kamilowi. Przygotowania do wyjazdu do Indii rozpoczął już w październiku ubiegłego roku.

- Należało zamówić bilety lotnicze, zarezerwować hotele, uzyskać wizy i załatwić sprawę przewozu roweru - opowiadał Z. Felskowski. - Były z tym problemy, lecz znalazłem fińskiego przewoźnika i z Warszawy poleciałem do Helsinek, a stamtąd do New Delhi. Pracuję jako kierowca ciężarówki i najczęściej jeżdżę do Anglii. Tam w czasie wolnym trenowałem na rowerze, oczywiście w ruchu lewostronnym, co się bardzo przydało, ponieważ w Indiach i w Nepalu taki ruch również obowiązuje.

Rowerzysta wyruszył 3 kwietnia do Warszawy, 4 był w Delhi, złożył rower i wyruszył w trasę. Po przejechaniu 200 kilometrów pierwszym przystankiem była Agra i zwiedzanie Tadż Mahal.

- Największym wrogiem jazdy w Indiach jest upał - mówił dalej cyklista. - Temperatury sięgały często ponad 50 stopni, a zupełny brak cienia jeszcze bardziej zwiększał uczucie gorąca. W miastach było jeszcze cieplej. Wyruszałem o godzinie 2.30 naszego czasu, a tam była 6 rano. Jechałem od 8 do 10 godzin, dlatego należy się często nawadniać. Z wodą nie ma tam problemu, jest dostępna w każdym miejscu. W Indiach drogi są ogólnie dobre, choć jest sporo remontów. Natomiast w Nepalu drogi to tragedia. Po trzęsieniu ziemi trzy lata temu nic nie zrobiono. Głazy, osuwiska ziemi, a ponadto należy uważać na spadające z góry kamienie i większe głazy. Granica Indii z Nepalem praktycznie jest niezauważalna i dopiero człowiek z kantoru zwrócił mi uwagę, że muszę wrócić i otrzymać stempel w paszporcie. Z New Delhi do granicy z Napealem jechałem 6 dni i myślałem, że Nepal przejadę w cztery kolejne. Lecz praktycznie codziennie padające deszcze powodowały osuwiska, co zmuszało tamtejsze władze do zamykania dróg. I dlatego, aby dojechać do granicy z Chinami, potrzebowałem również 6 dni.

Niestety przejście graniczne pomiędzy Chinami a Nepalem było nieczynne po niedawnym trzęsieniu ziemi. Po negocjacjach z nepalskimi pogranicznikami Polakowi udało się przejść na chińską stronę, lecz rower musiał zostawić na granicy. Dotarł do pobliskiego miasta Zhangmuzhen, niestety bez aparatu, który również musiał pozostawić i po dwóch godzinach wrócił. Rowerzysta zweryfikował więc swoje plany i zrezygnował z jazdy w Chinach, a czas jaki miał poświęcić na jazdę w Państwie Środka spędził w Indiach. W sumie w tamtym rejonie przejechał trochę ponad 3 tys. kilometrów, z czego prawie 800 kilometrów przez Himalaje.

- Leczyłem odparzenia i odpoczywałem - opowiadał dalej Z. Felskowski. - Zawsze nocowałem w hotelach, choć ich standard był różny. Były takie z klimatyzacją, lecz zdarzały się również z mrówkami, karaluchami i goniącymi za nimi jaszczurkami. Koszt noclegu wahał się od 15 do 50 dolarów. Jadąc przez Indie nie widać praktycznie miejsca bez ludzi. Czy to pracujących w polu, czy siedzących w budkach przy drodze i oferujących jakieś usługi, sprzedają różne towary i jedzenie.

W pewnym momencie organizm rowerzysty zaczął odmawiać posłuszeństwa, nastąpiło osłabienie, utrata apetytu i Polak musiał zgłosić się do lekarza.

- Okazał się, że doprowadziłem do zbyt dużej utraty sodu i potasu, co powodowało niepokojące objawy. - Trafiłem do lekarza Hindusa, przed którego gabinetem stał tłum ludzi. Wzbudziłem sensację i zostałem przyjęty poza kolejnością, lecz wcześniej musiałem zdjąć buty. Zdejmuje się je wszędzie. W świątyni, w urzędzie i u lekarza. Zbadał mnie, osłuchał, wypytał o szczegóły mojej podróży, wypisał receptę i poszedłem do punktu aptecznego. Chciałem zapłacić, lecz on nie wziął pieniędzy. Był wręcz zadowolony z mojej wizyty. Zresztą moja osoba wszędzie cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Rzadko widziany biały człowiek wzbudzał sensację. Nie można było się nigdzie zatrzymać, ponieważ natychmiast pojawiał się tłum ludzi, chcących ze mną porozmawiać i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Z czasem stało się to bardzo uciążliwe.

W Indiach i Nepalu wałecki rowerzysta żywił się lokalnymi specjałami, choć zamawiając potrawę prosił, aby nie była zbyt ostra. Najczęściej były to wszelkiego rodzaju zupy, ryż, ziemniaki, papryka, oraz mięso z kurczaka i baranina.

- Tylko dla niech nieostre niewiele oznacza. - Wszystko jest ostre. Raz się zatrzymałem i widzę, że dzieci jedzą jakąś potrawę. Więc pomyślałem, że jeżeli dzieciom nie szkodzi, nie zaszkodzi i mnie. Mimo to że do tej zupy dolałem wody, nie mogłem sobie wyobrazić, jak te dzieci mogły to zjeść. Było bardzo pikantne, choć po pewnym czasie zacząłem się przyzwyczajać. Ludzie są ogromnie życzliwi. Nie spotkałem się ze złodziejstwem, a jedynie w dużych miastach trafiają się naciągacze, chcący zarobić na wynajmie rikszy, czy skutera. Za to w Indiach jest mnóstwo śmieci. Jest to strasznie brudny kraj. Tam każdy wyrzuca śmieci tam, gdzie stoi. Leżą po rowach, co chwila trafia się na większe wysypiska, co przy wysokiej temperaturze powoduje, że smród jest wszechobecny. Jedna z głównych ulic w New Delhi, a tam góry śmieci, święte krowy, małpy skaczą po gzymsach i dlatego na noc należy zamykać okna. Krowa jak zrobi placek, kobiety natychmiast wtykają w niego barwne kwiaty, aby nikt tego nie przejechał. Kiedy trochę przeschnie, rękoma lepią półksiężyce i z tego budują coś na kształt igloo. Nie wiem do czego służy. Chata to nie jest, bo nie ma wejścia. Być może po całkowitym wyschnięciu służy jako opał.

Ponieważ ruch na drogach, zwłaszcza w okolicach dużych miast, jest ogromny, należy się ostrożnie poruszać. Hindusi przemieszczają się na rowerach, a poza miastami to skutery, motocykle i autobusy. Wałczanin był świadkiem kilku wypadków, z czego dwa były bardzo poważne.

- Zderzyły się dwa motocykle, a ponieważ na każdym siedziało kilka osób, było sporo ofiar. - Widziałem również zepchnięty z urwiska autobus, a wieczorem w hotelu w telewizji zauważyłem relację z tego zdarzenia. W Indiach i Nepalu w telewizji o wypadkach, w których zginęło mniej niż 25 osób w ogóle się nie mówi. Podaje się wiadomości tylko o tych najtragiczniejszych.

Po przylocie do Warszawy wałecki rowerzysta ostatni odcinek ze stolicy do Wałcza również pokonał na rowerze, snując plany kolejnej wyprawy. Tym razem zamierza wyjechać do Kanady i USA, lecz aby zrealizować swój pomysł, musi znaleźć strategicznego sponsora.

piotr

(piotr)
REKLAMA

Komentarze (1)

A_damA_dam

2 0

Chylę czoła przed tym Panem. Co by nie mówić to amator. Człowiek z pasją, ale i potężnym samozaparciem i uporem. Nie robi tego dla sławy. Nie robi dla pieniędzy. Kto dziś odważyłby się w pojedynkę ruszyć w świat, będąc zdany sam na siebie? bez wygód, w nieznane, nie przyjazne obcym miejsca? Wszyscy zachwycamy się opowieściami, lecz tylko Pan Zdzisław zna cenę wyrzeczeń. Niesamowite jest to, że tacy ludzie są wokół nas - zwykli, lecz niezwykli, i tylko dzięki strzępkom prasowych informacji można dowiedzieć się o takich wyczynach. Brawo Panie Zdzisławie! 17:29, 19.05.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

© extrawalcz.pl | Prawa zastrzeżone