Zamknij
REKLAMA

Od oceanu do oceanu

18:44, 05.08.2019 | piotr
REKLAMA
Skomentuj

W temperaturach od minus 2 do plus 58 stopni przemierzał na rowerze Amerykę Północną Zdzisław Felskowski. Wałczanin swoją wyprawę rozpoczął w Kanadzie. Jadąc od Atlantyku po Pacyfik odwiedził 14 stanów USA, zahaczył jeszcze o Meksyk i po pokonaniu ponad 7250 kilometrów po 55 dniach podróży, z czego 42 spędził na rowerze, wyprawę zakończył w Phoenix.

Zdzisław Felskowski już od kilku lat zaskakuje wszystkich swoimi rowerowymi wyprawami. Przypomnijmy tylko, że odwiedził Maroko, Stambuł, a w Indiach i Chinach przejechał ponad 3,5 tysiąca kilometrów. Wałczanin nie ukrywał, że jego marzeniem jest rowerowa wyprawa do USA.

- Wykonuję zawód kierowcy i na przygotowania kondycyjne nie miałem zbyt wiele czasu - opowiadał cyklista. - Praktycznie nie jeździłem na rowerze, lecz w maju w ciągu dwóch tygodni pokonywałem po 50-60 kilometrów dziennie i to było moje jedyne przygotowanie. Na kilka dni przed wyjazdem za ocean Antek Antkowiak przygotował mi rower, podczas dwóch jazd go sprawdziłem i tyle o kondycyjnych przygotowaniach. Natomiast organizację wyprawy rozpocząłem w lutym od wykupienia lotniczych biletów do Toronto. Później kompletowałem sprzęt i ubrania wiedząc, że w Kanadzie mogę trafić na niesprzyjającą aurę. Wyleciałem z Warszawy 31 maja. Z przyzwyczajeniem się do różnicy czasu nie było problemów, gorzej wyglądało to po powrocie.

Po przejechaniu 200 kilometrów ze względu na brak noclegu drugą noc wałczanin musiał spędzić w namiocie. Rozstawienie sprzętu na terenie prywatnym nie wchodziło w grę, więc należało znaleźć inne miejsce. Po zasięgnięciu opinii przechodnia okazało się, że można było rozbić namiot w parku. W nocy temperatura spadła do minus 2 stopni.

Pierwszym przystankiem na terenie USA było Niagara Falls.

- Jechałem od północnego wschodu Stanów. Najpierw z Nowego Jorku na południowy zachód, mijając po drodze Filadelfię i Waszyngton, a później na zachód, jadąc do Memphis, Las Vegas i Los Angeles. Dopóki nie wiedziałem jechałem bocznymi drogami i dopiero kierowca ciężarówki, zresztą Polak powiedział, że mogę korzystać również z niektórych autostrad, lecz tylko z pasa awaryjnego. Korzystałem również ze słynnej drogi U.S. Route 66, a po Drodze Matce, jak ją w „Gronach gniewu” nazwał John Steinbeck, przejechałem setki kilometrów. Na 66 większość miejscowości jest nastawionych na obsługę turystów i wiele można zobaczyć. Stare samochody, kultowe motocykle, muzea, również mnóstwo moteli i restauracji. Ruch samochodów na autostradach jest ogromny i należy bardzo uważać. Zwłaszcza na pasie awaryjnym, po którym się poruszałem, ponieważ był miejscami wręcz zasypany śmieciami. Pęknięte opony, całe koła, większe i mniejsze oderwane od samochodów części, a nawet drzwi wejściowe do domu. Sporo było również miniaturowych drucików wyrwanych z opon, co spowodowało, że aż 15 razy złapałem „kapcia”. Rowerzystów poza miastami raczej się nie widzi, a ja spotkałem raz na bocznej drodze Koreańczyka.

Rowerzysta na autostradzie w USA to raczej nie jest częsty widok i dlatego wałczanin wzbudzał może nie sensację, lecz zainteresowanie. Jednak każdy napotkany patrol policji był nastawiony życzliwie, a spotkani podróżni proponowali pomoc.

- Podczas podróży przez pustynię każdy napotkany policjant najpierw pytał czy wszystko jest w porządku, proponował wodę i dopiero później nawiązywał rozmowę - opowiada. - Kiedy pomyliłem drogę i wjechałem na autostradę, po której nie wolno było poruszać się rowerem, policjanci z uśmiechem przyjęli moje przeprosiny i przez 7 kilometrów na wstecznym biegu eskortowali mnie do bezpiecznego zjazdu. Później jeszcze raz się upewnili czy wszystko w porządku, spytali o wodę i życzyli spokojnej podróży. I właśnie przez moją pomyłkę musiałem 3 godziny jechać w zupełnej ciemności, a zmrok na pustyni zapada bardzo szybko. Raz w namiocie spędziłem noc na pustyni, lecz o śnie i wypoczynku nie było mowy, ponieważ ze względu na owady musiałem zamknąć namiot i natychmiast znalazłem się w kałuży własnego potu, bo temperatura skoczyła do 32 stopni.

W Meksyku Z. Felskowski pokonał ponad 600 kilometrów,przemieszczając się wzdłuż granicy ze Stanami, często wzdłuż muru rozgraniczającego oba kraje.  Z Los Angeles wałczanin pojechał znaną drogą nad oceanem do San Diego, przekroczył granicę w pobliżu Tijuany i poprzez Mexicali dotarł do San Luis Rio Colorado i Sonoyty. 

- W Meksyku spotyka się mnóstwo patroli straży granicznej i policji, choć mnie nie kontrolowano ani razu - opowiada. - W Sonoyty odpocząłem trzy dni. Tanie hotele, tanie jedzenie i znacznie lepsze niż amerykańskie fast foody. Wracając do San Luis Rio Colorado przez pustynię po 150 kilometrach zabrakło mi wody, a do przejechania miałem jeszcze 60. A temperatura ponad 50 stopni. Zobaczyłem stojący z podniesioną maską samochód, a Meksykanin od razu spytał czy potrzebuje wody. Otrzymałem wodę, a kiedy wyciągnąłem portfel, on tylko uścisnął mi rękę. Ludzie w Meksyku i w Stanach najpierw poprzez podniesienie ręki pozdrawiają, później jeżeli się zatrzymałem, pytali skąd jadę i z jakiego jestem kraju i dziwili się, że mogę jechać na rowerze w tak wysokiej temperaturze. W USA widziałem indiańskie rezerwaty i muszę powiedzieć, że bieda czasami była tam przerażająca. Choć niektórzy biali Amerykanie również mieszkają w niezbyt komfortowych warunkach. Oczywiście spotkałem również Polaków, byli bardzo życzliwi. Obdarowywali mnie polskimi specjałami i piłem polskie piwo. Ostrzegali również przed miejscami, których należało unikać.

Pomimo tego że niemal codziennie Z. Felskowski musiał przejechać niemal 200 kilometrów, nie zabrakło mu czasu, aby zobaczyć najbardziej znane miejsca w odwiedzanych przez siebie miastach.

- W Nowym Jorku byłem w „Strefie Zero”, czyli tam gdzie stały wieżowce WTC, w Waszyngtonie spacerowałem obok Białego Domu, widziałem Kapitol i pomnik Lincolna. - W Los Angeles byłem w Alei Gwiazd, a w Memphis odwiedziłem dom Elvisa Presleya.

Rowerzysta podróż zakończył w Phoenix, skąd po trzech dniach odpoczynku powrócił do kraju. Koszt całej wyprawy zamknął się kwotą ponad 30 tysięcy złotych.  Podróżnik przyznaje, że ta wyprawa była najtrudniejsza ze wszystkich, jakie dotychczas odbył i obecnie zamierza odpocząć. Na pytanie czy planuje kolejne wyprawy odpowiedziała żona pana Zdzisława, która kategorycznie stwierdziła, że nigdzie już nie puści małżonka.

(piotr)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

Komentarze (5)

MPJMPJ

7 1

Szacunek Twardzielu! 21:25, 05.08.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

blackblack

7 1

Brawo Ty!!! 22:13, 05.08.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

co oczy zobaczą....co oczy zobaczą....

6 0

jesteś Wielki ! zdrowia i proszę pana żonę .żeby pozwoliła panu jeszcze coś zwiedzić :) 18:06, 06.08.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

PozdRowerPozdRower

5 0

Szacun !!! Śmigam sporo rowerem cały rok do pracy, rekreacyjnie i turystycznie. Największy wypad w tym roku Holandia-Belgia rowerem około 800km, wcześniej Berlin i powrót do Wałcza rowerami szlakiem R1, oraz inne mniejsze eskapady. Rok temu życiówka rowerem 301km w 1dzień. Ja rocznie średnio 7500km (a Pan w 55dni). Mieszkam już w Poznaniu lecz często dojeżdżam w weekendy rowerem do Wałcza. Jestem uzależniony od roweru to pozytywna nieuleczalna "choroba", skutkiem ubocznym są wykręcone kilometry dla Wałcza w akcji kreckilometry ;). Do swojej pasji zaraziłem też rodzinę. Jestem pełen podziwu dla Pana za taki wyczyn, dodał mi motywacji i powera, mam nadzieję, że też kiedyś przeżyję taką rowerową przygodę, z rowerowym pozdrowieniem PozdRower ;) kręćmy dalej... 15:29, 07.08.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

tedetede

2 0

Brawo !!! Szacunek za pasję i determinację !!! 21:55, 07.08.2019

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© extrawalcz.pl | Prawa zastrzeżone