Zamknij

Niczego nie żałujemy

14:30, 18.02.2020 | Z.B
REKLAMA
Skomentuj

Blisko dwa lata temu zmienili całkowicie swoje życie. Zostawili rodzinę, przyjaciół i przeprowadzili się do nieznanego im Wałcza. Dzisiaj państwo Sokolov, polscy repatrianci z Kazachstanu mówią: niczego nie żałujemy, przyjęto nas tu bardzo serdecznie i spotkaliśmy ludzi, na których można liczyć.

Do Wałcza przyjechali w maju 2018 roku. Irina i Maxim z trójką dzieci Mariyą, Ivanem i Yakovem oraz Ludmiła, mama Maxima. Dziadek Iriny mieszkał w okolicach Lwowa, skąd w latach 30. ubiegłego wieku został z rodziną wywieziony na północ Kazachstanu. Gdy miał 15 lat zgłosił się do pracy w kopalni w Karagandzie. Tam założył rodzinę, urodziły się dzieci i wnuki. Właśnie tam mieszkali Irina i Maxim Sokolov zanim przyjechali do Wałcza.

- Przez całe życie wiedzieliśmy, że mamy polskie korzenie, ale dopóki istniał Związek Radziecki, nie można było o tym mówić, nie uczyliśmy się języka polskiego. Dopiero po upadku ZSRR zaczęły ujawniać się poszczególne narodowości, których w Kazachstanie jest ponad 150 - opowiada Irina. - Zaczęto otwierać takie centra dla poszczególnych narodowości, ludzie zaczynali się oficjalnie spotykać i mogli mówić o swoich przodkach, o tym skąd pochodzą. Ale nikt z nas nie myślał o tym, że kiedyś będzie możliwość powrotu do Polski.

Na straży polskości w Kazachstanie stał Kościół. Zawsze w niedzielę jedna msza była odprawiana w języku polskim. Potem do Kazachstanu zaczęli przyjeżdżać nauczyciele z Polski, uczyli języka i kultury kraju.

- Chodziliśmy do kościoła i na zajęcia językowe. Pewnego razu przyjechali przedstawiciele polskiego rządu i powiedzieli o programie repatriacji. Postanowiliśmy spróbować - opowiada Irina. - Pozytywnie przeszliśmy weryfikację dokumentów potwierdzających pochodzenie, potem otrzymaliśmy zgodę na wydanie wizy w celu repatriacji. Trzecim etapem było otrzymanie zaproszenia od polskiego miasta.

Irina wysłała kilkadziesiąt listów do miast w całej Polsce. Najczęściej pozostawały bez odpowiedzi lub były to odpowiedzi grzecznościowe. Wałcz jako jedyny zadeklarował, że m.in. da mieszkanie i pomoże w znalezieniu pracy.

***

- Nie zastawialiśmy się, czy trudno będzie nam opuścić dotychczasowy dom, rodzinę, przyjaciół; miejsce, gdzie spędziliśmy całe nasze dotychczasowe życie, i co nas czeka w nowym miejscu. Mieliśmy tyle spraw do załatwienia, że nie było czasu o tym myśleć - opowiada Irina. - Tak naprawdę dopiero teraz, latem, gdy wracałam z Kazachstanu, z pogrzebu taty, dopiero pierwszy raz popłakałam się. Wzruszyłam się, gdy zobaczyłam dawne miejsca, spotkałam rodzinę, przyjaciół. Zostawiliśmy w Kazachstanie kawał naszego życia. Ale niczego nie żałujemy.

***

Początki to przede wszystkim organizacja codziennego życia. Od zakupu talerzy i kubków, poprzez naukę języka i robienie zakupów, po załatwienie spraw w urzędach. Mąż poszedł do pracy, Irina została w domu z rocznym dzieckiem.

- Okazało się, że wałczanie są wspaniali. Przyjęto nas bardzo serdecznie i zawsze mogliśmy liczyć na pomoc - wspomina Irina. - Z ramienia Urzędu Miasta opieką objęła nas pani Renata Jarocka, do dzisiaj możemy na nią liczyć. Sąsiedzi pokazali, gdzie można zrobić zakupy, sąsiadka chodziła ze mną i pomagała np. zarejestrować dziecko w przychodni. Z sąsiadami spędzaliśmy razem czas na podwórku, opowiadałam im o naszym dotychczasowym życiu, a mój mąż, który słabo znał język polski, tylko się przysłuchiwał. Śmiałyśmy się z sąsiadkami, że przychodzi na podwórkowe lekcje polskiego. Pani Janina Kobus uczyła nas języka polskiego i mobilizowała swoich znajomych, którzy pomagali nam odnaleźć się w nowym miejscu.

***

- Byłam zaskoczona ciepłym przyjęciem. Wzruszające było takie zdarzenie. Mieszkaliśmy tu 3 tygodnie. Któregoś dnia przyszła do nas nieznajoma pani i spytała czy nie chcę zabawki dla dziecka. Było ich mnóstwo - mówi. - Podoba mi się to, że ludzie są otwarci i chcą pomagać, nawet nieznajomym. Piękne jest to, że organizowane są akcje charytatywne, jakieś kiermasze, koncerty, że działa wolontariat. W Kazachstanie tego nie było.

***

- Nie spotkaliśmy się z niechęcią czy wrogością, raczej z zainteresowaniem. Czasami pytano skąd pochodzimy, gdy ktoś słyszał nasz akcent. Dzieci szybko odnalazły się w szkole, mają swoich znajomych. Mąż znalazł nową pracę, a jego koledzy zapraszają nas na spotkania z ich rodzinami. Czasami jeździmy i spotykamy się z repatriantami, którzy mieszkają w innych miastach - opowiada Irina. - Ale nie wszędzie jest dobrze. Ludzie rozmawiają na grupach internetowych i są opinie, że mieszkańcy nie patrzą przychylnie na repatriantów, zdarzają się przykre sytuacje. Nas nic takiego nie spotkało.

Zaskoczeniem było załatwianie spraw w urzędach.

- W Kazachstanie to był stres, bo urzędnik mógł nakrzyczeć, gdy np. źle wypełniony był dokument. A tutaj spokojnie, nawet gdy był błąd we wniosku, to panie spokojnie tłumaczyły jak poprawić - mówi Irina.

***

- Jedynie nie podoba mi się to, że ludzie bardzo narzekają. Rozumiem, że gdzieś jest lepiej, ale tam są inne problemy. Wszędzie są problemy, takie lub inne. Czasami myślę, że niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, że może być inaczej, trudniej, nie cieszą się z tego, co mają. Widzę, że ludzie są zdenerwowani i zmęczeni po ośmiu godzinach pracy - mówi Irina. - W Kazachstanie pracowałam od ósmej rano i nie wiedziałam o której skończę, bo nie było określonych godzin. Bo może jeszcze trzeba będzie zrobić raport czy coś pilnego. Wychodziłam dopiero wtedy, gdy kierowniczka mi pozwoliła. Jak sobie to przypominam, to dziwię się ludziom. Mi bardzo doskwiera to, że do dzisiaj nie mogę znaleźć pracy. Stała praca to jedyne, czego mi tutaj brakuje.

kamila, zdjęcia pochodzą z archiwum naszych Bohaterów

(Z.B)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© extrawalcz.pl | Prawa zastrzeżone